3. Wewnątrz króliczej nory
Won't look down, won't open my eyes
Keep my glass full until morning light
'Cause I'm just holding on for tonight
On for tonight,
On for tonight
Sia - Chandelier
Rozstajesz się i nagle wszystko, co znasz, znika, a pojawia się chaos. Czujesz, że straciłeś jakąkolwiek kontrolę nad swoim życiem. Prawdopodobnie – jestem całkiem pewien – istnieje mnóstwo sposobów, żeby sobie z tym poradzić. Jedni znajdują nowe hobby, inni topią się w pracy, odnawiają kontakt ze starymi przyjaciółmi, przeprowadzają się do innego miasta albo kraju, albo po prostu wracają do rodzinnego domu. Ale jest też inna grupa – ludzie, którzy nie pozwolą, żeby cokolwiek im się przydarzyło i jakoś na nich wpłynęło. Cokolwiek pojawi się niespodziewanie, chowają to głęboko w środku i w ogóle nie spróbują sobie z tym poradzić.
Ku mojemu zaskoczeniu znalazłem się właśnie w tej grupie, którą zawsze uważałem za zbiorowisko hetero facetów niezdolnych do radzenia sobie z rozstaniami ani z żadnymi emocjami w ogóle. Mogłem wybrać płakanie w domu dniami i tygodniami, zamknięcie się w sobie i próbę nieistnienia, albo znalezienie jakiegoś innego, zdrowego sposobu na poradzenie sobie z tym całym bagnem. Wybrałem inaczej. Wybrałem wódkę, imprezy i nowych facetów. Mnóstwo, mnóstwo nowych facetów.
W efekcie w ciągu zaledwie dwóch miesięcy zdążyłem mieć nowego crusha, małą wersję próbną związku z mężczyzną mieszkającym tysiące kilometrów dalej, kolejny krótki quasi-związek z innym gościem, zostałem okradziony, wykorzystany seksualnie przez ćpuna, a moje portfolio seksualne się podwoiło. Do tego imprezowałem jak nigdy wcześniej w życiu. Weekend po weekendzie, za każdym razem z innym facetem, w tym samym klubie – najgorętszym gejowskim klubie w mieście. Myślałem sobie to, co Marina śpiewała mi nieustannie w słuchawkach: Why be wallflower when you could be a venus fly trap?
Po latach tkwienia w domu z Panem M. i utraty jakiegokolwiek zainteresowania wychodzeniem, imprezowaniem, klubami i tańczeniem, odkryłem, że to świetny sposób, żeby przykryć to, co naprawdę czułem w sercu – choćby tylko na jedną noc w tygodniu. Zdałem sobie sprawę, że nic tak nie znieczula jak alkohol i nic tak nie dodaje pewności siebie jak wzrok nieznajomych próbujących cię uwieść albo dosłownie pożreć żywcem. Wszedłem do świata opisanego przez Eurythmics kilka dekad temu: some of them want to use you, some of them want to be used by you.
Oto świat Grindra, Tindera, OkCupid i wielu, wielu innych aplikacji. Świat gejowskiego randkowania, który zawsze wydawał mi się mieszanką gabinetu osobliwości i targowiska próżności. Miejsce pełne nagich klatek piersiowych, nóg, tyłków, stóp, ton niechcianych fotek penisów i pytań stawianych bez znaku zapytania na końcu. Nicki i opisy w stylu „WyruchamNaMaxa", ", „Teraz mi stoi", „2AktywnychSzukaPasywa", „NasrajMiDoGęby" (serio, nie zmyślam) albo „XXL dla bbtma" – co zwykle jest grubą przesadą, bo w rzeczywistości wychodzi jakieś M, więc powiedzmy sobie szczerze: nigdy nie ufajcie facetom i ich zdolnościom mierniczym.
Świat przepełniony nieszczęściem, samotnością, desperacją i górą kłamstw. Przypadkowy i bezsensowny seks serwowany jak cheeseburger w każdym fast foodzie. Kraina czarów, w której uczucia nie mają znaczenia, a wszystkim zależy tylko na tym, jak dobrze wyglądasz i jak dobrze sobie radzisz w łóżku. Dokładnie taki, jak go zapamiętałem z poprzedniego razu, gdy byłem singlem – przed poznaniem Pana M. Jedyna zmiana polegała na tym, że nagle o wiele więcej facetów uprawiało seks po ciężkich narkotykach. To był świat, do którego nie chciałem wracać pod żadnym pozorem, pamiętając doskonale, jak jest okropny.
Niestety problem tkwi w tym, że... Podobno żeby się w kimś odkochać, potrzeba mniej więcej połowy czasu trwania związku, o którym chce się zapomnieć – co oznaczało, że byłem na straconej pozycji, bo potrzebowałbym dokładnie trzech lat, żeby w końcu zapomnieć o nim i po prostu przestać go kochać. Żeby być całkowicie wolnym. I za każdym razem, gdy o tym myślałem, miałem ochotę wrzeszczeć histerycznie, tak głośno jak Meryl Streep w Wielkich kłamstewkach. Nie mogłem czekać tak długo, a szczerze mówiąc, miałem ostatnio ochotę na to żeby się wydrzeć właściwie non stop.
Musiałem skończyć z nim jak najszybciej, a z mojego całkiem bogatego doświadczenia z facetami wiedziałem (albo myślałem, że wiem), że najlepszym sposobem na zapomnienie o jednym panu jest po prostu znalezienie się pod innym. Albo pod kilkoma, w tym przypadku. I tak oto próbowałem znów randkować, szukałem kolejnego towarzysza do klubu, kolejnego błędu, kolejnego faceta, którego ledwo pamiętałem po powrocie do domu rankiem, w trakcie mojego walk of shame. A gdy postanowiłem wejść znowu do tego świata, widziałem tam oczywiście i Pana M. Już tydzień po rozstaniu ściągnąłem Grindr, żeby sprawdzić, czy tam jest, zobaczyłem go i natychmiast skasowałem aplikację.
Co prawda mogłem mieć pewności, że to on – miał jakieś dziwne zdjęcie profilowe z kościołem, podany wiek był mniejszy, wzrost większy, pozycja w łóżku nieco zmieniona, a typ sylwetki więcej niż optymistyczny – ale jakoś w głębi ducha wiedziałem, że to właśnie on. Kilka tygodni później okazało się, że miałem rację, gdy w końcu pokazał tam swoją twarz. Trochę mnie to zraniło – jak szybko wrócił na tego konia, jak to rozstanie i ja w ogóle się dla niego nie liczyłem. I właśnie w tej chwili zaczęłem czuć do niego ogromną wściekłość. Czystą furię.
Założyłem słuchawki i zacząłem słuchać Waste of Time MØ, Survivor – obu wersji, oryginalnej i nowej – I'm Good Wafii, abcdefu Gayle i oczywiście najlepszej piosenki, jaka kiedykolwiek powstała na takie okazje – I Will Survive Glorii Gaynor. Muzyka sprawiła, że poczułem się odrobinę lepiej. Uświadomiłem sobie, że nie jestem jedynym, który przez to przechodzi, że było mnóstwo ludzi na moim miejscu – i pewnie w jakiś masochistyczny sposób zacząłem nawet delektować się dramą tego wszystkiego.
Tydzień później ściągnąłem Tindera – aplikację, która sześć lat temu nas połączyła – i sam spróbowałem wrócić na przysłowiowego konia. Faceci zaczęli się pojawiać i wraz z nimi przestałem tak bardzo myśleć o Panie M. To było cholernie fantastyczne uczucie. Nie wspominając już o tym, że po raz pierwszy od lat ktoś był mną naprawdę zainteresowany – dostawałem komplementy, faceci starali się zwrócić moją uwagę i zacząłem dobrze się czuć we własnej skórze, odzyskując zdruzgotaną pewność siebie.
Stałem się inną osobą. A może po prostu odzyskałem dawnego siebie – kogoś, kto zaginął lata temu. Przyjaciele się martwili i mówili, że nie jest normalne czuć się tak dobrze po rozstaniu, ale działało i to było dla mnie jedyne, co się liczyło. Nowi, przypadkowi faceci zaczęli wypychać go z mojej głowy, dzięki czemu mogłem znów istnieć.
Tinder przynosił randki, facetów, którzy polubili mnie od razu, nazywali mnie słodkim i seksownym, starali się mnie zdobyć i użyć wedle własnego uznania. Ale to była pułapka – bo to ja ich używałem, zanim zdążyli cokolwiek zrobić. Byli tylko kolejnym partnerem do klubu. Może początkowo żywiłem też to beznadziejne przekonanie, że mogę poznać kogoś jedynego na kolejne lata w ten sam sposób, w jaki poznałem Pana M. – bo on był pierwszym facetem, z którym poszedłem na randkę do klubu. Myślałem, że to może zadziałać. Oczywiście nie zadziałało, ale wódka, głośna muzyka i przypadkowi faceci kręcący się wokół mnie na parkiecie sprawiały, że czułem się całkiem dobrze. Przez jakiś czas przynajmniej.
Za każdym razem, gdy wchodziłem do klubu, czułem się jak podczas sceny balowej z filmu Laurence Anyways – z tą różnicą, że w tle leciało Mi Gente. I tak taniec stał się moim nowym nałogiem. Taniec w ciemności, z zamkniętymi oczami, otwierającymi się od czasu do czasu, żeby zobaczyć moich randkowych partnerów wpatrujących się we mnie głodnym wzrokiem. Kilka drinków spłynęło w dół żołądka, coś powędrowało w górę do nosa, nieznane usta mnie całowały, nieznajome ręce mnie chwytały i próbowały zawładnąć, ale musiałem zawieść każdego z nich – bo gdy już wiedziałem, że nie zastąpi go żaden z nich, przestawali się dla mnie liczyć
Po prostu ich używałem, żeby dobrze się poczuć i tańczyć godzinami, aż przychodził ranek i uderzała rzeczywistość. Noc pełna płytkiej i pustej radości, po której następował dzień wypełniony żalem. Aż do kolejnego weekendu, gdy znów mogłem poczuć się żywy. To było jak błędne koło – moje życie mogłoby spokojnie posłużyć za teledysk do Habits Tove Lo. Czułem się jak w filmie Gaspara Noé. Techno, czerwone światło, dym, hektolitry alkoholu, spoceni faceci, ogłuszająca muzyka i seks unoszący się w powietrzu. I jego nieobecność wszędzie, gdzie spojrzałem.
Płytkie przyjemności służyły mi tylko do wypełniania pustki, ale wcale nie pomagały. Nikt by się nie spodziewał, ale okazuje się, że jeśli chcesz poczuć się lepiej po rozstaniu, musisz zmierzyć się ze wszystkimi uczuciami, zamiast spychać je jak najdalej w głąb umysłu, w nicość. Mimo to wciąż nie byłem w stanie się do tego zmusić. Próbowałem płakać, naprawdę próbowałem. Ale nie mogłem wycisnąć ani jednej łzy, myśląc o nim czy o całej tej sytuacji. W pewnym momencie wyobraziłem sobie nawet wizytę w Auschwitz – żeby zapłakać nad czymkolwiek – ale i to nie pomogło i nie przyniosło żadnej ulgi.
Aż pewnego dnia, w końcu, po całkiem ciężkiej imprezie, to się stało i hangxiety przyszło z ratunkiem. Byłem sam, próbując przeżyć kaca, gdy się zaczęło. Świat zrobił się trochę rozmyty i coś we mnie pękło. Zacząłem płakać jak dziecko – ale nie na podłodze łazienki, co jest ostatnio tak dramatyczne i modne w piosenkach. Płakałem po prostu w łóżku, płakałem i płakałem i nie mogłem przestać przez jakieś dwie godziny. To było straszne. Fizycznie nie byłem w stanie tego zatrzymać – gdy w końcu raz ruszyło, nie było końca.
W końcu dotarło do mnie – jestem sam, samotny, zdany na siebie. Choć ostatnie lata były do niczego i traktowaliśmy się nawzajem okropnie, on wciąż był moim wsparciem, moim facetem – tym, który zawsze czekał w domu z naszym słodkim szczeniakiem. Nic i nikt nie mógł go zastąpić ani tego zmienić. Odszedł, a jednocześnie był wszędzie. I nieustannie mnie nawiedzał we śnie – najgorsze było to, że nie mogłem przed tym uciec.
Sprawił, że znienawidziłem to miasto, te ulice, wszystkie miejsca, które razem odwiedzaliśmy. Stałem się rozgoryczony, cyniczny. Zacząłem myśleć – po co w ogóle próbować? Nawet jeśli znajdziesz nowego faceta, nic nie trwa wiecznie i nic nie jest pewne. Znajdujesz szczęście tylko po to, żeby pewnego dnia obudzić się ze świadomością, że straciłeś je bezpowrotnie. Ludzie się zmieniają, sytuacje się zmieniają. A rozstania to czysty chaos. Masakra, z której nikt nie wychodzi bez szwanku. Zostawia blizny na lata, dekady, albo do końca życia. Nic nie trwa wiecznie. I zakochanie się jest jedną z najbardziej niebezpiecznych rzeczy, jakie można zrobić na tym świecie.
Bo bez względu na to, jak okropny był ten związek, pierwsze i pierwotne uczucie wciąż w tobie jest, podczas gdy wspomnienia złych doświadczeń bledną. Twój zadziwiający mózg usuwa je natychmiast, a w głowie zostaje tylko to, co dobre – jak świetnie było na początku, jak niesamowicie to czułeś, jak byliście ze sobą szczęśliwi, tyle lat temu. Łapiesz się na marzeniu o powrocie do nocy, gdy go poznałeś. Nagle wyraźnie widzisz wszystkie powody, dla których się w nim zakochałeś, i czujesz wszystko mocniej niż kiedykolwiek.
Kluby i taniec w ciemności z nieznajomymi przez chwilę pomagały, ale wyraźnie nie były wystarczające. To było jak plaster przyklejony na stopę, który po jakimś czasie odklejał się podczas chodzenia, zostawiając ranę zupełnie odkrytą i jeszcze bardziej bolesną. Desperacko szukałem czegoś lepszego, bardziej śmiercionośnego niż taki bzdurny plaster, żeby w końcu z tym skończyć i dobić tego karalucha w głowie raz na zawsze.
W końcu przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz obojętność. A żeby zawitała do mojego serca i żebym w końcu się z nim uporał, musiałem znaleźć się pod kimś innym, raz za razem, aż to zadziała. Dorzucając do swojej już całkiem pokaźnej kolekcji błędów po rozstaniu najgorsze doświadczenie seksualne w całym moim życiu.
