2. Był sobie związek
But mostly,
I hate the way I don't hate you,
Not even close,
Not even a little bit,
Not even at all.
12 things I hate about you (1999)
Dawno, dawno temu, w zakazanej krainie, młody Twinkerbell się zakochał.
Szaleńczo i głęboko, niemal magicznie. Tak jak to bywa w filmach albo pięknych książkach. Stało się to w najbardziej nieoczekiwanym miejscu, w miejscu bez nadziei, w noc sylwestrową. W tamtym czasie Twinkerbell nie oczekiwał zbyt wiele – miał już po dziurki w nosie randkowania, można by wręcz powiedzieć, że stracił wszelką nadzieję na znalezienie tego, co ludzie nazywają „prawdziwą miłością". Po tym, jak umawiał się z połową swojego rodzinnego miasta i pisał o tym bloga, doszedł do wniosku, że znalezienie kogoś odpowiedniego jest niemożliwe.
Ale Fortuna łaskawie się do niego uśmiechnęła tej nocy i stała się ona nocą, którą będzie pamiętał na zawsze. Tego rodzaju wspomnienie, którego nie każdy ma szczęście posiadać i nosić ze sobą do końca życia. Od samego początku było pięknie, prosto i tak jak powinno być – naturalnie. Rycerz w lśniącej zbroi (którego dziś nazywa się „Pewną Osobą", ale na potrzeby tej historii nazwijmy go Panem M.) był przystojnym mężczyzną z małego kraju o pięknych widokach i – jak się okazało – pięknych mężczyznach.
Twinkerbell był przyjemnie podchmielony i miał słabość do przystojnych gejów wyglądających na hetero. Pan M. był początkowo nieco nieśmiały, ale w końcu wypił dość, żeby zebrać się na odwagę i zrobić to, co należało. Tańczyli i całowali się przez całą noc aż do świtu. To było surrealistyczne. Zakochali się w sobie, uprawiali świetny seks, trochę kiepski seks, od czasu do czasu mieli trochę dramy i żyli długo i szczęśliwie w małym domku w najciemniejszym lesie. Koniec.
Jakże nudne by to było. Rzeczywistość uważam za ciekawszą, więc może cieszę się, że to nie była bajka w stylu Pretty Woman czy Dziennika Bridget Jones. Miłość jest przecież jak w piosence – słodko-gorzka. A bez złych rzeczy, skąd wiedzielibyśmy, jak cenić te dobre, które pojawiają się po drodze?
Każdy związek, który zaczął się w ten sposób, jest skazany na to, by stać się czymś wyjątkowym i wielkim – by trwać przez wiele lat, a może i całe życie. Nie w tym przypadku, najwyraźniej, ale jeśli kiedykolwiek nadarzy ci się okazja, by doświadczyć czegoś tak pięknego, wiedz, że los sprzyja takim chwilom. Pielęgnuj je i czerp z nich jak najwięcej, bo nie każdemu się to zdarza i z pewnością nie zdarza się zbyt często.
Kiedy jesteśmy młodzi, zuchwale zakładamy, że będzie wielu ludzi, z którymi złączy nas los, że będzie się to zdarzać ciągle, wciąż i przez całe życie. Smutna prawda jest taka, że zdarza się to tylko kilka razy. A moje pierwsze takie połączenie było od początku doskonałe. Zachwycające, czyste, niezapomniane. Niestety, była to doskonałość, która trwała mniej więcej miesiąc i została zepsuta po prostu ludzką naturą.
Po dwóch tygodniach oficjalnie zaczęliśmy się spotykać i postanowiliśmy usunąć się ze wszystkich platform randkowych. Znaleźliśmy siebie nawzajem, więc staliśmy się dla siebie powodem, żeby wyrzucić to całe gówno. Niestety, on nie był w stanie zrobić tego do końca, a ja dowiedziałem się o tym dokładnie miesiąc po tym, jak go poznałem. To była nasza pierwsza drama i – jako że wcześniej ślepo mu ufałem – ta drobna rzecz weszła mi do głowy jak ziarno i zaczęła rosnąć z czasem, nieustannie podlewana jego zachowaniem.
Może jest coś w nowych związkach, że po prostu wymagają dramy – nie wiem dokładnie dlaczego, ale z tego, co widziałem w swoim życiu i w doświadczeniach moich przyjaciół, nowy związek jest jak pole minowe, po którym chodzimy jak pijani idioci, ciągle kręcąc się i zataczając. Co kilka kroków następuje mniejsza lub większa eksplozja, dopóki w końcu nie nauczymy się po tym chodzić. Myślę, że Panu M. nauczenie się kroków i zapomnienie starych nawyków przychodziło nieco trudniej.
Pewnego dnia zaskoczył mnie – na początku lutego – i uczynił ten dzień najszczęśliwszym w moim życiu. Poszliśmy do baru z jego przyjaciółką i w pewnym momencie zaczął tam płakać. Zapytałem, co się stało, a on powiedział, że nie może uwierzyć, że to się naprawdę dzieje – że jesteśmy razem i że chcę z nim być. Tak bardzo bał się mnie stracić; powiedział, że po raz pierwszy w życiu czuje jednocześnie strach i radość i nie może uwierzyć w swoje szczęście. Nikt nigdy wcześniej ani później nie zrobił ani nie powiedział mi czegoś tak czystego i pięknego.
Potem płakał jeszcze kilka godzin później i po raz trzeci, gdy poszliśmy do klubu, w którym się poznaliśmy, kiedy tańczyliśmy. Dzień, w którym płakał dla mnie trzy razy – piękne wspomnienie, które będę nosił w sercu na zawsze. Nic nie mogło tego pobić. Wiedziałem wtedy, że to ten właściwy facet, że to on – nawet jeśli czasem robił głupie rzeczy – właśnie wtedy byłem pewien, że go kocham. Naprawdę, na dobre i na złe. Niestety, moja miłość była od tamtej pory nieustannie wystawiana na próbę, a to, co złe, zaczęło się zjawiać coraz częściej. I tak jak na początku płakał i kochał mnie całym sobą, z czasem powoli zmienił zdanie.
Mówiąc krótko – miał niemały problem z porzuceniem Tindera, Grindra, GayRomeo i pisania do innych facetów, a ja miałem coraz większe problemy z zaufaniem, nieustannie go sprawdzając – jego telefon, laptop. Za każdym razem, gdy czegoś szukałem, coś się znalazło. I za każdym razem mówiłem mu, że to ostatni raz i że odejdę, jeśli zrobi to jeszcze raz – ale nie odchodziłem. Przez jakieś dwa, trzy lata przestałem sprawdzać, po prostu wolałem o tym nie myśleć, dać mu kredyt zaufania, spróbować i uwierzyć.
Można zapytać, po kiego diabła w ogóle tkwiłem w tej parodii związku tak długo, skoro od początku nie potrafił się powstrzymać i cały czas robił takie rzeczy. Problem w tym, że nie mogłem przestać go kochać. Głęboko, po raz pierwszy w życiu byłem zakochany i kochałem. Gdzieś w głębi ducha może wiedziałem już, że nie mamy razem przyszłości, że nikt nigdy wcześniej nie sprawił, żebym tyle płakał i tak bardzo cierpiał. Ale widzicie – to, co rozum już dawno wie, serce potrzebuje więcej czasu, żeby zrozumieć. A może nigdy tego nie rozumie i jest po prostu tą głupią, ślepą rzeczą, która – jeśli jej na to pozwolić – może doprowadzić nas do katastrofy.
Może był jak dziecko albo pies, który nieustannie sprawdza, gdzie leży granica, jak daleko może się posunąć, zanim pojawią się jakieś konsekwencje. Moim błędem było to, że konsekwencji nie było. Przynajmniej nie tych widocznych. Ale związki są jak porcelana – gdy pojawi się nawet mała rysa, z czasem będzie tylko coraz gorzej, aż w końcu pęknie. Istnieje piękna japońska metoda naprawy takich pęknięć, zwana kintsugi, ale tak jak wielu ludzi nie wie, czym jest kintsugi, większość par nie wie, jak to zastosować w praktyce.
Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że nie jesteśmy idealnie dobrani. Zakochaliśmy się fizycznie. Ale podobno chemia gaśnie po dwóch, trzech latach i często wtedy ludzie się rozstają. Nam się to nie przydarzyło – zostaliśmy razem, prawdopodobnie dlatego, że przyzwyczailiśmy się do siebie i baliśmy się samotności. Doskonale pamiętałem świat randkowania, jak jest okropny, jakie potwory tam chodzą, jak desperacja unosi się w powietrzu – i nie chciałem do tego wracać. Ale nasza chemia umarła i zacząłem widzieć, jak bardzo jesteśmy do siebie niepasujący.
Lubiliśmy różne rzeczy i nienawidziliśmy tego, co lubił ten drugi. Różniły nas aktywności, byliśmy jak dwa przeciwieństwa. Podobno się przyciągają, ale mam poważne wątpliwości, czy to faktycznie działa. Jako Skorpion zawsze byłem chętny na trochę zabawy – on nie. Więc to zawsze ja inicjowałem seks i wiele razy byłem odpychany, aż w końcu raz kopnął mnie nogą w głowę – nieumyślnie – ale ten kopniak zostawił mi w głowie brzydkie myśli o nim. Moja miłość zaczęła mieszać się z nienawiścią, wstrętem i obrzydzeniem. Ale wciąż tam byłem – i on też.
Zaczęliśmy po prostu żyć jak dwóch współlokatorów, którzy od czasu do czasu uprawiają seks. Nie mieliśmy o czym rozmawiać, a kiedy próbowaliśmy, zawsze czułem, jakby między nami była ściana, jakbyśmy czuli się przy sobie nieswojo. Nigdy nie próbowaliśmy naprawiać naszych problemów – kiedy coś złego się wydarzało, robiliśmy trochę dramy i zamiataliśmy problem pod dywan. Nigdy nie świętowaliśmy rocznic, walentynek ani żadnych innych szczególnych okazji. Komunikacja nie istniała.
Potem prawdopodobnie miałem depresję, siedziałem w domu miesiącami i dołożyłem ogromny ciężar do tego i tak już strasznie przeładowanego związku. Ja też nie byłem idealny. Potrzeba dwojga, żeby zniszczyć związek, i nie dzieje się to z dnia na dzień. Myślę, że związek jest jak roślina – jeśli wystawisz ją na balkon w nadziei, że deszcz wystarczy, żeby ją podlać, pewnego dnia znajdziesz ją martwą. Więc po prostu egzystowaliśmy razem, a ja zgubiłem siebie po drodze, stałem się jego satelitą, nieustannie krążącym wokół niego. Zawsze pragnąłem miłości, więc gdy w końcu ją dostałem, nie miałem już nic innego w życiu. Stałem się odrętwiały, straciłem wszelką radość, byłem po prostu martwy w środku.
Ten związek był jak mała porcja masła rozsmarowana na o wiele za dużym kawałku chleba. Jak porcelana z jedną rysą za dużo. Jak martwa roślina. Był piękny i obrzydliwy. Gorący, intensywny i tak zimny czasami. Wszystko naraz i nic w pewnym momencie. Po tych wszystkich latach, po całym tym cierpieniu, i tak nie byłbym w stanie go zostawić. Ludzie po prostu nie wiedzą, jak ani kiedy się rozstać, nawet gdy jest po prostu okropnie źle. Boimy się. I to nie nieznanego – to znamy aż za dobrze, niestety.
Spanie w samotności, samotne powroty wieczorami do pustego pokoju albo mieszkania. Wychodzenie z imprezy samemu. Radzenie sobie z tym całym życiowym gównem na własną rękę. Były dni, gdy marzyłem o innym życiu – cieszeniu się facetami, zabawą z nimi, imprezami do rana. Bałem się, że marnuję najlepsze lata swojego życia tylko po to, żeby pewnego dnia zostać porzuconym, gdy będzie już za późno. Ale wciąż byłem z nim – był jak narkotyk, a ja byłem uzależnionym, który nie był w stanie w końcu powiedzieć: wystarczy.
Ile byłem w stanie znieść tylko dlatego, że nie potrafiłem zrobić pierwszego kroku? W końcu okazało się, że cztery słowa, których tak bardzo bałem się przez cały ten związek, w końcu się spełniły: nic nie trwa wiecznie. Zawsze tam były, gdzieś z tyłu głowy, wyskakując nieproszenie jak jakaś irytująca, wpadająca w ucho piosenka ze starej reklamy, ilekroć byłem z nim szczęśliwy. Nic nie trwa wiecznie.
Pewnego dnia pewnie będę mu wdzięczny za to, co zrobił – za uwolnienie mnie, za danie mi wolności. Jeszcze nie teraz, ale ten dzień nadejdzie, jestem tego pewien. Ale zanim to nastąpi, muszę znaleźć wyjście z króliczej nory, w którą wpadłem po rozstaniu. Cisza musiała ustąpić miejsca szaleństwu, alkoholowi i mężczyznom, którzy zaczęli pojawiać się w moim życiu tak, jakby produkowano ich w fabryce na taśmie montażowej.
